poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Lekarstwo na "inwestowanie"

Jeśli śledzicie tego bloga wystarczająco długo lub kliknęliście w odpowiednie wpisy w archiwum lub linki w wyszukiwarce to zapewne wiecie, że poza głupotą kredytową wielokrotnie wykazywałem także daleko posunięte zidiocenie "inwestycyjne". Wchodzenie w IPO, ale nie te co trzeba było. Akcje kupowane na podstawie kij wie jakich przesłanek. Szczęśliwe trafy, które równie dobrze mogły się okazać siekierą malowniczo wyrastającą mi z czoła. Udawanie przed samym sobą, że wiem co robię bo przecież jak byk widzę te dwie świece zwiastujące bogactwo. Łapanie spadających noży, które tak naprawdę były kowadłami miażdżącymi złudzenia. Tak, zdecydowanie było wesoło...

czwartek, 31 marca 2011

Marzec 2011 - podsumowanie

Parę tygodni temu na Onecie czy innej WP był płaczliwy tekst o straszliwych skutkach emigracji. Mężowie wyjeżdżają i od razu popadają w rozpustę o rodzinie pamiętając tylko przy przelewie do Polski. Żony zadręczają się wyobrażaniem sobie co też mężus wyprawia skoro nie ma mu kto smyczy skrócić. Dzieci zapominają jak wygląda tatuś i wplatują się w ciężkie klimaty jednocześnie pragnąc aby miłość rodzicielska i spokój rodzinnego gniazda powrócił. A wszystkiemu winna ludzka zachłanność i pogoń za pieniądzem. O ile było by szczęścia w Polsce gdyby wszyscy pokornie klepali słodką biedę wzorem rodziny Zbawiciela...

W moim wypadku ofiarą emigracyjnego zamętu padł na przykład ten blog. Rozwijałem go od kilkunastu miesięcy, udało mi się zebrać całkiem fajną publiczność i wszystko poszło w piach gdy tylko dowiedziałem się, że wyjeżdżam z kraju. Shame on me...

Daleki jestem od usprawiedliwiania się przed kimkolwiek. Blog to hobby nie praca, nie muszę wyrabiać normy. Ciężko jednak wymagać aby czytelnik powracał jeśli raz, drugi, trzeci odświeża RSSa a tu nic nowego od grapkulca nie ma. Na szczęście chociaż podsumowania miesiąca pojawiają się regularnie. Dziś jednak postanowiłem połączyć wpis podsumowujący z odrobiną refleksji nad losem zadłużonego emigranta.

poniedziałek, 7 lutego 2011

No i zostałem celebrytą

Dzięki cynkowi od Czytelniczki ukrywającej się W Kreciej Norze dowiedziałem się dziś, że wg Pani Anny Pawłowskiej jestem "popularnym blogerem". W artykule pod tytułem "Opisz mi swój portfel, a powiem Ci ile zarobisz" wymienia mnie ona obok tak znanych osobistości polskiej blogosfery jak Krzysztof Lis, Kominek czy Marcin Samsel, który ostatnio wystrzelił się w rajskie krajobrazy Meksyku.

Szczerze mówiąc bardziej się spodziewałem, że kiedyś trafię do kroniki kryminalnej za jakieś idiotyzmy wyprawiane po pijaku na totalnym autopilocie niż do artykułu o finansowym blogowaniu. Teraz czekam na zaproszenie do Tańca z gwiazdami :)

środa, 15 grudnia 2010

Sprzedajemy mieszkanie

I znowu prywata, tym razem dość poważna.

Wystawiliśmy nasze mieszkanie na sprzedaż. Oferta jest obsługiwana przez biuro nieruchomości Emmerson (link do ogłoszenia). Teoretycznie mieszkanie będzie wolne od marca 2011, ale jesteśmy skłonni do szybszej wyprowadzki. Co do ceny również możemy negocjować aczkolwiek w granicach rozsądku.

Mieszkanie jest w świetnej lokalizacji, zaraz przy bloku rondo i przystanki autobusowe z mnóstwem linii we wszystkich kierunkach. 5 minut spacerkiem do Multikina, Aquaparku, OBI, Reala, McDonalda, i dwóch stacji BP. 10 minut piechotą do innego McDonalda, marketu Alma i Castoramy. Z okien zajebista panorama Krakowa :)

Praktycznie wszystko co widać na zdjęciach zostaje czyli meble, pralka, lodówka, plazma, nawet konsolę (Xbox 360, nie piracony) mogę zostawić. Zastanawiam się jeszcze nad gitarą (Cort KX-5, grany może parę godzin od dnia zakupu) więc jakby ktoś był zainteresowany kupnem samego wiosła to proszę o maila.

Jeśli ktoś z Was lub Waszych znajomych byłby natomiast zainteresowany mieszkaniem to proszę o kontakt z agentką zajmującą się ofertą:

Joanna Świątek
ul. Karmelicka 29, 31-131 Kraków
tel. 12 631 39 00 (09)
tel. kom. 516 000 886
joanna.swiatek@emmerson.pl

Bez agencji się nie obejdzie bo mamy umowę na wyłączność i nawet jak znajdziemy kupca sami to prowizję i tak musimy zapłacić.

Aha, jakby co to nie wspominajcie o moim blogu jako źródle informacji o ofercie :)

wtorek, 14 grudnia 2010

Pragmatyczne chrzciny

Czasem ludzie mają rodzeństwo, czasem to rodzeństwo formalizuje związek ze swoimi wybrankami i czasem ów związek owocuje potomstwem. Zazwyczaj jest to przyczyną wszelakich imprez i obrzędów, w które chcąc nie chcąc trzeba się zaangażować. Na przykład chrzciny.

W tolerancyjnej i otwartej na odmienne poglądy Polsce dziecko warto ochrzcić niezależnie od swoich przekonań religijnych. Potem wiele rzeczy będzie łatwiejszych do wykonania, a i na podwórku nie będą za nim rzucać kamieniami jak za szatańskim pomiotem. Przynajmniej nie z powodów wysoko rozwiniętej tolerancji religijnej. Tak więc - pragmatyzm.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

RSStube.pl - pamiętnik programisty

W piątek lub w sobotę (sklerosis tremens atakuje coraz częściej) wrzuciłem na serwer nową wersję stronki. Zmian widocznych gołym okiem jest w sumie niewiele, w kodzie jednak była rzeźnia i operacje plastyczne których nawet Jordan by nie chciała pokazać w tv. Na początku miałem tylko poprawić błędy, które mi zgłaszaliście (dzięki wielkie :) i dołożyć kilka rzeczy, których brakowało. Jednak to ukłucie z tyłu głowy, moja wkurwiona ambicja nie pozwalała mi pójść na łatwiznę no i trzeba było przerobić wszystko na nową modłę. Teoretycznie teraz jest lepiej, bardziej elastycznie, bardziej modularnie, generalnie "bardziej". Zobaczymy w praniu co z tego wyniknie.

piątek, 10 grudnia 2010

Telefony, telefony... od windykatora

Spoko, do mnie jeszcze nie dzwonią i mam nadzieję, że nigdy nie będą musieli.

Natomiast dzwonią do innych i to mam wrażenie, że jest to obecnie masowe zjawisko. Przynajmniej tak by wynikało z artykułu na Onecie ("Windykator to szuja?"). Niestety, autorka tekstu - zamiast rzetelnie opisać skąd się bierze w ogóle problem - od pierwszych słów staje w obronie biednych dłużników i gra na płytkich uczuciach niczym scenarzyści polskich seriali o niczym... pardon, o prozie życia polskiego obywatela.

Czego więc możemy się dowiedzieć z owego artykułu?

niedziela, 21 listopada 2010

RSStube.pl zostaje udostępnione dla publiki! (oklaski...)

Założę się, że umieracie z ciekawości o co chodzi z tym nowym guzikiem po lewej stronie. Bo zauważyliście go, prawda? :)

Jakiś czas temu zacząłem sobie myśleć nad tym co by tu zrobić żeby jakoś zaistnieć w sieci poza tym blogiem, a jednocześnie nie pozorować wiedzy eksperckiej w jakimkolwiek temacie. Niby jestem programistą z bagażem doświadczeń, ale kto by tam chciał o tym czytać? Zresztą istnieją tysiące stron i blogów o tej tematyce i wątpię żeby jeszcze jeden robił na kimkolwiek wrażenie. A iść w inną tematykę z zakresu moich hobby jakoś mi się nie chce.

Szczerze mówiąc poza fkincredits to w ogóle nie chce mi się pisać jakiegoś zaawansowanego merytorycznie contentu (pomińmy milczeniem jak bardzo merytoryczne są tutejsze wpisy :). A wiadomo, że to unikalna i porządna treść ściąga traffic, poprawia rankingi w wyszukiwarkach i w konsekwencji przekłada się na reklamowe kliki. A kliki chociaż miłe duszy i portfelowi same się nie pojawią. No i jeszcze jedno: chamska komercha mnie nie pociąga więc zamiast czytać poradniki o tym jak oszukiwać google'a i pozorować różnorodny content na kolejnych blogowych kadłubkach postanowiłem zrobić coś na czym się znam, a kwestię treści pozostawić innym.

środa, 29 września 2010

Chorowanie i czytanie

Jakoś tak zawsze ze mną bywa, że życie jedną ręką wręcza mi podarek, a drugą wymierza mi solidnego plaskacza. Tym razem było podobnie: zarobiłem spekulacyjnym ruchem na Kolastynie, a kilka dni później dostałem gorączki i lekarz stwierdził zapalenie płuc. Samą chorobę jeszcze bym zniósł gdyby nie fakt, że lekarski areszt domowy nałożył się na ponad tydzień mojego dwutygodniowego urlopu, a na domiar złego przepadł mi długo planowany wyjazd z kumplami na grillowanie połączone z radosnym nadużywaniem alkoholu. Swoją drogą poprzedni termin tego wyjazdu spłynął do morza wraz z falami powodziowymi, ani chybi fatum jakieś.

czwartek, 9 września 2010

Szczęście kosztuje 75 tysięcy dolarów rocznie

Amerykańscy naukowcy przeprowadzili eksperyment, który wykazał, że takie mniej więcej zarobki powodują u badanych optymalny poziom szczęścia. Zarobki poniżej tej kwoty w różnym stopniu wywoływały niepokój, poczucie braku bezpieczeństwa i stabilności. O dziwo, zarobki większe niż wyznaczony poziom już nie dawały tak znacznego przyrostu szczęścia. Naukowcy tłumaczą to tym, że wtedy ludziom włącza się tryb ekstrawagancji i przestają się cieszyć z prostych, codziennych rzeczy.

Wygląda na to, że w Polsce poniżej zarobków 16-17 tysięcy PLN miesięcznie (nie wiadomo czy netto czy brutto, tego nie podano w artykule) szczęścia się nie należy spodziewać. Parafrazując kolesia z "Chłopaki nie płaczą": jest tu jakiś szczęściarz? :)

piątek, 6 sierpnia 2010

Kryzysu nie ma, pieniędzy też nie

Dziś znowu notka o mojej pracy. Tak się jakoś składa, że ostatnio kredyty są mniej dokuczliwym aspektem mojego życia niż to co się dzieje w firmie. A że ciężko spłacać długi nie mając źródeł utrzymania to niejako pozostajemy jednak w temacie.

Wczoraj szef uraczył mnie na poły poufną informacją, że obiecanej kilka miesięcy temu drugiej raty podwyżki nie będzie. Pocieszeniem ma być to, że prezes obiecał, że dostanę to co miałem dostać, ale nie wcześniej niż na początku przyszłego roku. Cudownie, motywacja mi skoczyła... z mostu...

czwartek, 29 lipca 2010

Porwany obłędem

Pamiętacie jak niedawno narzekałem na nudę w pracy i totalne zniechęcenie do robienia czegokolwiek? No to wygląda na to, że wykrakałem sobie młyn, który mnie mieli od dwóch tygodni bez przerwy. A wszystko przez to, że mój szef postanowił iść na urlop. Jak zwykle to mnie przypadł zaszczyt użerania się z jego petentami czyli administracyjno-marketingową kombinacją ludzi, dla których wskaźnik to mały dynks z laserkiem do drażnienia kota.

wtorek, 13 lipca 2010

Zbiera pan pieski?

Idziesz po piwo do Żabki i przy kasie słyszysz takie pytanie. Co robisz? Strzelam zakładnikowi w nogę... Ups, nie ten film.

No więc poszedłem wczoraj po piwo i pani w Żabce zadała mi to pytanie. Najpierw pomyślałem, że coś mi się zwidziało, ale podążyłem wzrokiem za spojrzeniem kasjerki i zobaczyłem na półce kilka sporych pluszaków i plakacik objaśniający, że chodzi o zbieranie naklejek na specjalnym karteluszku. Za każde wydane 10 PLN dostajemy jedną naklejkę, a jak uzbieramy ich 90 to możemy zabrać pieska do domu. Hmm, wydać 900 PLN za pluszaka wartego parę złociszy, to dopiero pokusa. Grzecznie odmówiłem propozycji przystąpienia do tego jakże atrakcyjnego programu - za przeproszeniem - lojalnościowego.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Dla ciebie wypalam się...

Od jakiegoś czasu, w sumie to już kilka miesięcy będzie, chodzę do pracy głównie po to żeby z niej wyjść. Odbijam się pod zegarem o 7 rano i o 15 już radośnie tuptam w stronę przystanku tramwajowego ciesząc się, że kolejny dzień arbajtu jakoś minął i weekend coraz bliżej. A 8 godzin w pracy głównie symuluję i albo piszę notki na swoim blogu (tak jak teraz) albo czytam innych albo czytam książki w pdfach albo robię coś zupełnie innego. Praca mnie nudzi i generalnie czuję słabość jak sobie pomyślę, że mam klepać kolejny dialog albo kolejne przerzucanie danych z jednego formatu w drugi. Nuda i zniechęcenie, etat programisty.

piątek, 18 czerwca 2010

W imię droższego rowerka dla moich dzieci

Ten blog powstał bo trafiła mnie nagła i niespodziewana myśl o wzięciu odpowiedzialności za swoją sytuację finansową. Jakimś cudem dotarło do mnie, że branie kolejnych kredytów jest bez sensu i przynosi mi więcej szkody niż pożytku. Postanowiłem coś z tym zrobić i jakoś tam powoli wygrzebuję się z dołka.  Mogę śmiało powiedzieć "żałuję tego i tego, to było głupie, a to jeszcze bardziej", ale mogę także pochwalić się tym co robię aby naprawić szkody spowodowane przez lata bezmyślnego tracenia pieniędzy.

Staram się opisywać tu swoje błędy, porażki ale i sukcesy w cichej nadziei, że być może komuś pomogę uniknąć kredytowego bagna, w które ja sam się zapędziłem. Nie mam zamiaru być moralnym autorytetem ani wyrocznią bo mam na to za mały rozumek i ogólnie nienawidzę ludzi, ale staram się poniekąd promować odpowiedzialny styl życia jeśli chodzi o finanse. W myśl starego powiedzenia "jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz".

czwartek, 5 listopada 2009

Miała być Japonia, miała być Irlandia, a jest coraz większe g****o

Jestem z rocznika '78 więc nie pamiętam jak to Gierek albo inny Bierut wciskali swoje kity socjalistyczne społeczeństwu pałowanemu przez ZOMO. Nie pamiętam jak gen. Jaruzelski ze smutkiem w oczach zastąpił teleranek. Nie za bardzo nawet kojarzę jak to Lechu skoczył przez TEN płot i niczym Kozakiewicz pokazał wała Ruskim czy komu tam trzeba było pokazać żeby Polska wyszła z ciemnogrodu komunistycznego.

Pamiętam jednak, że Wałęsa jako wzór dla swojej wizji cudownego państwa obrał Japonię. Kraina kwitnącej wiśni, eldorado elektronicznych gadżetów. Mieliśmy mieć tak dobrze. Wtedy pewnie nikt jeszcze nie słyszał o karoshi (śmierć z przepracowania), Japończycy dla nas byli raczej samurajami z "Shoguna", członkami Triady z amerykańskich filmów sensacyjnych klasy C, albo naukowcami tworzącymi roboty. Cool!