poniedziałek, 19 października 2009

"Jak to cię nie stać, przecież dużo zarabiasz"

Słyszałem takie zdanie wielokrotnie. Często razem z: "to na co wydałeś to wszystko?". Do tej pory moja odpowiedź brzmiała "nie wiem, nie mam pojęcia". I to była prawda. Wypłata wpływała na konto, płaciłem raty, rachunki i... mniej więcej w połowie miesiąca już widziałem dno skarbonki! Na boga, przecież zarabiam mniej więcej tyle co inni w mojej branży, na co to poszło?! Ano tak, tu byłem na imprezie, tu kupiłem sobie zegarek, tu... hmm, nie wiem co to było ale kosztowało prawie dwie stówy, musiało mi być potrzebne...

I tak było w sumie zawsze. Na początku jak zarabiałem 1200 PLN to szło mi 1200 PLN. W miarę wzrostu zarobków rosły też wydatki. Jak widać po moim zadłużeniu wydatki wcale nie zatrzymywały się na wyzerowanym koncie. Minus rósł, malał, rósł, malał, RÓSŁ i nie malał!



Trzeba było powiedzieć sobie dość. Przecież to idiotyczne, żeby człowiek dobrze zarabiający zastanawiał się czy kupić sobie bułkę czy gumę do żucia! Żeby wybierać pomiędzy ciepłą kurtką a dentysta? Wariactwo!

Najgorsze jest to, że ciężko to komuś wytłumaczyć. To jak z przyjemnością palenia, zrozumie tylko palacz. Nie ma sensu chwalić się swoim planem oszczędzania na fundusz awaryjny komuś kto nigdy nie był w sytuacji kompletnego spłukania finansowego. Nie usłyszysz "ej, fajnie, że ci się udaje", a raczej "no przecież to normalne". Zamiast zachęty, pozytywnej motywacji dostajemy sygnał, że odkrywamy Amerykę na nowo i robimy z igły widły. A to może bardzo utrudnić wytrwanie w drodze do założonego celu jakim jest wolność finansowa.

1 komentarz:

matipl pisze...

To dość znana prawda. Zarabia się 2k, wydaje 1.5k, zarabiasz 20k, wydajesz 15k itd.
Ponoć prawdą jest, że biedniejszemu łatwiej oszczędzić. Trudno mi to powiedzieć, bo ja tych 1.2k też już nie zarabiam...

Prześlij komentarz