środa, 21 października 2009

Zarabianie kasy w internecie - nie dla mnie

Około dwóch miesięcy temu trafiłem gdzieś w sieci na nazwisko Stephen Pierce. Tych, którzy na niego jeszcze nie trafili wyjaśniam, że jest to tak zwany guru zarabiania w internecie. To znaczy "guru" nazywają go ci co podobno się dorobili dzięki jego wskazówkom jak założyć i rozkręcić biznes w sieci. Jak to zwykle bywa w przypadku takich "mędrców" jego strona zawiera krótką biografię oraz oczywiście screenshoty z przeróżnych kont wypełnionych dolarami po brzegi. Pierce reklamuje się jako biedny dzieciak z getta, zamieszany w młodości w gangsterskie zabawy. Momentem przełomowym w jego życiu był postrzał w nogę, który jakoby miał uświadomić młodemu Stephenowi, że chyba to nie jest dobra droga do szczęścia. I tu zaczyna się baśń. Bez pieniędzy, domu, przyjaciół, korzysta w bibliotece z komputera i... zaczyna ludziom udzielać porad na temat inwestowania na giełdzie! Kiedy zorientował się, że ludzie zarabiają na jego wskazówkach zaczyna pobierać od nich abonament kilkuset dolarów miesięcznie. Tak zarobił pół pierwszego miliona. American dream pełną gębą.



Teraz Stephen zajmuje się marketingiem internetowym i z każdego potrafi zrobić milionera. Tak przynajmniej mówi na spędach fanów i potencjalnych akolitów. Napisał parę książek na ten temat, był gościem w telewizji, czarnoskóry Donald Trump po prostu. Jeśli posłucha się jego screencastów i nagrań ze spotkań z ludźmi od razu widać, że to następny kaznodzieja, który wyciąga kasę od łatwowiernych. Mówi dużo o tym jak wyszedł z biedy i zrobił miliony chociaż nie umiał używać komputera. O tym, że ważne jest zmienić sposób myślenia, żeby myśleć pozytywnie. Trzeba przyznać, że mówić umie, ale jeśli się odsieje marketingową nawijkę nie ma żadnych konkretów.

Jego książka na przykład, na temat robienia kasy w internecie. Podobno ujawnia tam wszelkie możliwe i superwiarygodne sposoby napędzania ruchu na sieci i obracania tego w dolary. Wszystko za darmo, wystarczy przesłać mu 20 dolarów na koszty wysyłki. Hmm, a nie mógłby tego opublikować jako PDFa na swojej stronie? Skoro i tak ma być za darmo? Mnie akurat nie potrzebna analogowa wersja do czytania w autobusie.

Obejrzałem parę jego filmików, w jednym przedstawia sposób jak w 20 minut mieć stronę z tekstem reklamującym jakiś produkt sprzedawany w ramach programów partnerskich typu Clickbank. Heh, na to mogą się złapać tylko gospodynie domowe łykające prozac jak mentosy. Wygląda to mniej więcej tak: wchodzisz na Clickbank, szukasz w katalogu pigułek na chrapanie, znajdujesz na www.wikihow.com informacje o chrapaniu i o tym jak przestać, kopiujesz to na swoja stronę, dodajesz linka z Clickbank i gotowe. Podobno dolary się sypią jak szalone. Oczywiście na stronę ludzie muszą jakoś trafić więc Stephen radzi też jak korzystać z narzędzi google'a do szukania słów kluczowych, zapisywania się do AdSense i tym podobne rzeczy. Cały trick polega na tym, że robi z tego wszystkiego taki show jakby to była wiedza niedostępna dla nikogo poza wybrańcami. Jakby google i jego narzędzia były jego własnym odkryciem. Kolumb internetu!

Ja nie mówię, że na AdSense nie da się zarobić, że wszystkie affiliate programs nie działają, że sprzedawanie w sieci nie jest warte zachodu. Problem w tym, żeby nie dać się naciągać cwaniakom, którzy sprzedają ci twoje własne marzenia, choćby tylko za koszt przesyłki. Ponieważ jeśli zapłacisz Stephenowi 20 dolarów za książkę to nie będziesz mieć oporów żeby zapłacić jego koledze po fachu za kolejny magiczny system gwarantujący fortunę. A jeśli nie zadziałają ich sposoby to zaczniesz szukać innych guru i ani się obejrzysz zapłacisz ciężkie sumy za "darmowe" przepisy na bogactwo.

Być może to tylko moje zdanie, ale wydaje mi się, że decyzja o oszczędzaniu, budowaniu funduszu awaryjnego i innych pozytywnych sposobach gromadzenia finansów to nie wszystko. Nawet jeśli będziemy się trzymać planu, żyć według budżetu i oszczędzać to musimy jeszcze wypracować sobie mechanizm obronny przeciwko pigułkom szczęścia. To jest odporność na reklamy, na plakaty, na presję swojego otoczenia. Sam muszę sobie nieustannie przypominać, że iPod nie jest mi niezbędny do życia, że karta graficzna w moim komputerze nie musi być najnowsza, że mój telefon nie musi mieć dotykowego wyświetlacza. Teraz mam inne priorytety niż przepicie stówki w knajpie, nawet jeśli jest to spotkanie dawno niewidzianych znajomych. Bo wszyscy mówią "kup teraz, wygraj teraz", a nikt nie mówi co masz zrobić jeśli jutro stracisz pracę a komornik zastuka do drzwi. Nawet nasze oszczędzanie to jest dla kogoś biznes, ale lepiej dać zarobić bankowi i jednak mieć oszczędności niż miotać się w kosztownej pogoni za drogim złudzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz